917
[1] Sala nr 4. Facetowi spod drzwi (wąs, ok. pięćdziesiątki, zmiażdżona pięta, gips) wpadł za łóżko długopis. Nie chce żadnej pomocy, zwleka się sam z łóżka, po paru wygibasach udaje mu się przyklęknąć. Grzebie ręką pod. Tymczasem w drzwiach staje pielęgniarka.
- A co się stało?
- A nic, nic. Pisiu-pisiu spadło.
[2] Sala nr 4. Wchodzi pielęgniarka, rozgląda się.
- Panowie chodzicie? Nie ma żadnych kaczek?
[3] Sala nr 4. Zgasł telewizor.
- Która godzina?
- Dwudziesta szesnaście.
- To na sześć włączać bez sensu.
- No bez.
- Na jedną też.
- Tak.
- To jutro trzeba wrzucić na dwanaście, od jakiejś dziesiątej i szlus.
- No.
- A teraz co?
- Nic. Śpimy.
podobno 2006-11-20 16:18:50 skomentuj (3)
918
[1] Międzyzdroje. Przed nami idą dwie dziewczyny. Krótkie spódniczki, niebieski brokat na włosach etc.
-Ty, a wiesz, co mi się wczoraj śniło? Stolec.
Jeszcze przez chwilę trzymamy powagę, ale nie da się, śmiech. Dziewczyna słyszy. Obraca się, macha rękami.
- Nie, nie! Stolec to kolega.
[2] U rodziców. Mama ogląda telewizję. Na stole leży "Dziennik". Wchodzi babcia.
- A co to, "Dziennik" Tomek przyniósł?
- To dla Kasi. Nie zabieraj.
- Dla Kasi?
- W środku jest test.
- Co jest?
- Test.
- Coś ty! Test?
[3] Apteka. Pokazuję receptę. Farmaceutka szuka.
- Niestety, przykro mi. Nie mamy tych kropelków.
podobno 2006-10-05 20:20:29 skomentuj (5)
918
Do południa dwa telefony, kiedy wciąż spałem. Dwa razy obudzony dzwonkiem, miałem wrażenie, że nastąpiły zaraz po sobie. Najpierw Dudol z pytaniem, czy nie pożyczyłbym mu kamery, bo jego siostra urodziła dziecko. Potem Helka, również z pytaniem, o pracę magisterską, czy trzeba ją „termobindować” i w jaką okładkę oprawić, twardą czy miękką. W tle słyszałem jakieś hałasy, pomyślałem, że jest na uczelni. Zasnąłem. Obudził mnie jeszcze dwa razy domofon, ale nie wstałem, słysząc za każdym razem, że u sąsiada również dzwoni. Spałem dalej. Ok. 13:00 otworzyłem oczy na dobre. Nie wychodząc z pościeli przeczytałem kawałek „Moje życie w CIA” Harry’ego Mathewsa. Chwilę potem zwlekłem się z łóżka i zrobiłem śniadanie. Ubrałem się. Wyszedłem po papierosy. W skrzynce znalazłem awizo. Będąc na zewnątrz pomyślałem, że Helka dzwoniła jednak z jakiegoś punktu ksero.
Przed 16:00 zadzwonił Dobrodziej z pytaniem, czy nie mam programu do odzyskiwania danych. Dzień wcześniej formatowałem mu C: i stawiałem od nowa system. Wszystkie ważniejsze dokumenty, w tym jego magisterkę i magisterkę Justyny, zgraliśmy zawczasu na drugą partycję, w dwóch kopiach, a także do pamięci w odtwarzaczu MP3. Dobrodziej wyjaśnił rzeczowym, spokojnym tonem, że nie może nigdzie znaleźć ostatnich fragmentów pracy Justyny. Były zapisane w osobnym katalogu, który przepadł bez śladu. Myśląc, że wszystko jest na drugiej partycji, pospieszył się i wymazał pamięć w odtwarzaczu. Poradziłem mu, żeby przeszukał dyski raz jeszcze, dokładnie. W tle było słychać głośny szloch i obelgi. Powiedział, że jeszcze zadzwoni.
Po 16:00 zadzwoniłem do Gośki. Zdziwiłem się, że jest już w domu. Umówiliśmy się, że przyjedzie do mnie później. Wyszedłem po wodę mineralną i kolę. Wracając, pomyślałem, że warto zrobić jakieś większe zakupy w Billi. Mimowolnie zabrane kluczyki do samochodu były jak znalazł; nie wszedłem na górę, tylko wsiadłem od razu do samochodu. Dopaliłem papierosa, obserwując dzieci, bawiące się na podwórku. Obok huśtawki stali sąsiadka i mężczyzna, jak wywnioskowałem z usłyszanej rozmowy, nowy lokator z kamienicy naprzeciwko.
Jadąc do Billi, minąłem Tanią książkę. Zatrzymałem się na skrzyżowaniu, spojrzałem do tyłu i powziąłem szybką decyzję. Ulica pusta, ruszyłem na wstecznym, by zaparkować naprzeciw witryny. Wszedłem do środka i przywitałem się z Mariuszem, którego od razu zapytałem, czy ma jakieś wieści od Wiolki. Domysły Bogdana po lekturze jej przedostatniego wiersza z literackich.pl okazały się słuszne, Mariusz potwierdził, że jest w kolejnej ciąży. Rozmowę przerwał nam mój telefon. Odszedłem na bok, żeby usłyszeć od Dobrodzieja, że pracy ni widu ni słychu na dysku. Umówiliśmy się, że kiedy będę jechał do domu, puszczę cyngla, a on wpadnie z odtwarzaczem. Rozłączyłem się, pogadaliśmy jeszcze z Mariuszem, powiedział, że szykuje się na Hiszpanię i zapytał, jak miewa się moje kolano. Powoli zaczynali zamykać, wybrałem więc prędko dramaty Becketta i „Szeroką wodę” Łukosza. Kiedy odpalałem samochód, znów zadzwonił telefon. Umówiliśmy się z Gośką, że jednak podjadę po nią i puszczę cyngla, jak będę już pod blokiem. W Billi kupiłem pomidory, zieloną paprykę, bakłażana, cukinię, cebulę, ser, piwo, bułki i Twixa. Jadąc do Gośki, puściłem jej sygnał, choć przejeżdżałem dopiero przez Aleję Jana Pawła. Skutek był mizerny. Musiałem mimo wszystko czekać pod blokiem. Gośka pojawiła się po pięciu minutach i wsiadła do środka. Puściłem sygnał Dobrodziejowi. Dziesięć minut później wysiadaliśmy pod moim domem. Gośka poszła do sklepu po chipsy, a ja szukałem w samochodzie kluczy do mieszkania. Kiedy weszliśmy już do środka, zacząłem rozpakowywać zakupy. Pięć minut i przyszedł Dobrodziej. Zainstalowałem program do odzyskiwania danych. Wszystko przebiegło bezproblemowo, praca Justyny była w pamięci odtwarzacza i w kilka sekund udało się ją przywrócić. Dobrodziej podziękował od serca, obiecał wielkie piwo i poszedł, zostawiając nas samych.
Przerwał telefon. Gośka powiedziała, żeby nie, ale nie znałem numeru, więc odebrałem, myśląc, że to może dzwoni ktoś w sprawie dotacji. Po drugiej stronie objawił się Mateusz. Prosił o jakieś filmy na wieczór, bo nie ma nic do puszczenia, a zaraz zaczynała się projekcja. Powiedział, że wsiada w taksówkę. Próbowałem odmówić, tyle, że nieumiejętnie. Zdaje się, że w łóżku przepada cała moja asertywność. Rozeźlony na siebie, zadzwoniłem do niego po dziesięciu minutach, mówiąc z przesadnym naciskiem, żeby się streszczał. Po chwili zadzwonił domofon. Podałem Mateuszowi przez drzwi dvd z „Nagim lunchem” i klipami Chrisa Cunninghama. Wróciłem do Gośki, do łóżka.
Nie ma jednak tego złego. Kolejny domofon nie miał czego przerywać. Do słuchawki podeszła Gośka, przycisnęła guziczek i zmarszczyła brwi. Spytałem się, kto to. Gośka wzruszyła ramionami. Podszedłem do drzwi i otworzyłem, na ciemnej klatce stała Iwona. Zaprosiłem do środka. Iwona weszła, usiadła w fotelu i wyjęła z reklamówki puszkę Żywca. Powiedziała nam, że rodzice wyrzucili ją z domu i że pomieszkuje teraz u Marzeny. Zapytała się, czy dalej mieszkam sam. Odpowiedziałem, że tak, mieszkam sam, i że raczej nie będę tego w najbliższym czasie zmieniać. Iwona powiedziała, że rozumie. Zapytałem, czy po detoksie wróciła do heroiny. Odpowiedziała, że tak. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, w międzyczasie zrobiłem kanapki. Iwona nie chciała, Gośka też nie. Zjadłem sam. Iwona dopiła piwo i zaczęła się zbierać. Odprowadziłem ją do drzwi. Pożegnaliśmy się. Zasugerowałem, żeby się trzymała.
Godzinę później odwiozłem do domu Gośkę. W drodze powrotnej wszystkie światła były zielone, więc jazda zajęła mi niecałe dziesięć minut. W mieszkaniu otworzyłem Żywca i zabrałem się do „Czekając na Godota”. Do końca pierwszego aktu wypiłem następne dwa, jakie miałem w lodówce, Harnasia i Warkę Strong. Ok. 4:00 zajrzałem jeszcze do Mathewsa, zapaliłem ostatniego papierosa i położyłem się do łóżka. Tuż przed zaśnięciem miałem wrażenie, jakbym za chwilę miał odbierać telefon od kogoś nie z tej bajki.
podobno 2006-09-29 17:44:32 skomentuj (0)
919
Obudził chrzęst na szybie, drobiny, kamyczki jakieś. Słucham. Raz na mojej, raz wyżej. Do sąsiada czy jak. No kurcze. Słucham. Kamyczki dalej. Tyle spania, chuj. Palę światło. Pojedyncze stuki, ktoś tam z chodnika, szelesty. Po trzeciej. Chłopie, chłopie, tak do siebie w sumie, bo ani chce się wstawać, ani zerkać, przez okno patrzeć. Po chwili cisza, już? Nasłuchuję, przestało, jeszcze trochę, chyba nic. Gaszę, obracam się. Zaciskam powieki. Nagle jeb, słychać, poszła szyba w drzwiach, na klatce. No kurwa, mówię już, nie myślę, zrywam się do okna, otwieram, widzę nogę, znikającą w środku. Więc do wizjera. Na klatce ciemno, szuranie. Otworzyć? Przeszurało pod drzwiami. Chwila wahania, otwieram, z braku równowagi krzyczę: co jest, kurwa. Szuranie ustało. Ktoś stoi między piętrami. Pojebało kogoś? - rzucam w ciemność retorycznie, jakby nie chodziło o tego tam właśnie, co się zatrzymał. Dzwonię na policję - oznajmiam i zamykam drzwi. Wracam do pokoju, siadam na łóżku, chwila zastanowienia, po czym wbijam szlafrok i z powrotem na klatkę. Światło. Powoli, ostrożnie po schodach, na następne piętro. Nikogo. Pukam do sąsiada (wcześniej po trzeszczącej podłodze poznałem, że też wstał). Sąsiad otwiera, pytam się, czy widział, słyszał, mówię, że szyba na dole rozjebana, że ktoś wchodził, że rozwalił, na górę. Sąsiad mówi, żebym wszedł i jak chcę na policję, to sam, ze swojego, bo mu się karta etc. Poszedłem więc po swój, wracam, wchodzę do sąsiada, fotel, siadam, dzwonię. Czekamy. On przez okno co chwilę, w końcu słychać silnik, on znów zerka, „taksówka” mówi, ale nie, bo wychodzą, i policja, dwóch policjantów, mówi, radiowóz jednak, tak. Idziemy na klatkę. Już są, dwóch łysych kafarów w pomarańczowych kamizelkach, latarki. Zdajemy relację. Ja tak, sąsiad tak, inaczej wychodzi. Ale że na górę, to się zgadza. Więc oni na górę. Sąsiad za nimi. Ja do siebie. Potem już tylko zerknąłem przez wizjer i widzę, sprowadzają byłego męża tej spod dwadzieścia ileś, ostrzyżonego, markotnego, w brązowej skórze, poznaję, skądinąd całkiem w porządku jest, był, przynajmniej takiego go pamiętam, jak tu przychodził, kiedyś. Cześć-cześć na schodach, niewymuszona swoboda, uśmiech, jakoś tak było zawsze. Nie chciała wpuścić. Nic, kładę się. Gaszę. Ale okno jeszcze zamknąć, zimno, wstaję, i ze wstawaniem równocześnie coś bzyczy, głośno, zza głowy, za łóżkiem, zrywam się szybciej, zapalam, pszczoła, otwarte okno, tak, spora, ja wiem, pół kciuka? Leci do lampy. Męczyłem się chwilę, z reklamówką, łapałem. Pszczoła ciągle jakieś ujścia, uniki, wymykania, tuż spod szeleszczącej folii. W końcu założyłem na lampę, kiedy przysiadła na karniszu. Zdjąłem ostrożnie, przytrzymując za spód. Buczało, folia wibrowała, tłukło się o, chrzęściło. Jedno strzepnięcie przez okno i już. Zamykam. Spać. Zaciskanie powiek, obroty, pościel na głowę. Chuj. Więc światło, znów. Do piątej książka, bo co.
podobno 2006-05-13 12:10:43 skomentuj (3)
920
kolejka do laboratorium. czy czujemy się poniżeni, stojąc przez 40 minut z własnymi sikami w rękach?
ależ skąd. czujemy się odważni, gdyż wygląda na to, że inni chowają swoje siki po kieszeniach, torbach i plecakach.
podobno 2006-04-29 18:12:03 skomentuj (2)
921 [Nietknięte miseczki. Podszedł do fotela. Uniósł kocyk. Pies leżał na boku. Bardzo spokojny. Przytknął dłoń do nosa. Chłodny i suchy.]
- Chyba lepiej. Nastawię kawę.
[Weterynarz postawił walizkę na podłodze i pochylił się nad Psem.]
- Maciek? Poczekaj.
- Tak?
- Pies nie żyje.
- Co mówisz?
- Nie żyje. To musiało stać się dosłownie kilkanaście minut temu.
- Skąd wiesz?
- Ciepły i miękki.
- Nie. Że nie żyje.
- Wiem. Widzę.
- Tak. Przepraszam. Dlaczego?
- Nie wiem. Sekcja?
- Nie. Kawa? Co to zmieni? Nie żyje. Martwy. Zdechł. Umarł. Odszedł.
- Nie. Masz rację. Pójdę. Przykro mi.
- Tak. Dziękuję
[Weterynarz wyszedł. „Nawet nie otworzył walizki” – powiedział głośno. Zdjął z fotela kocyk. Strzepnął i rozłożył na stole. Wygładził. Podniósł Psa (miękki i ciepły). Położył na środku kraciastej tkaniny. Pogiglał. Poprawił ucho. Usiadł w fotelu (ciepły).]
- Stary, co z tobą? – powiedział bardzo głośno.
[Wstał po półgodzinie. Wyszedł z kuchni. Oparł się o futrynę. Spojrzał w prawo, na łąkę. „Tak, tu będzie najlepiej” – krzyknął. Wziął szpadel. Nie. Za długi. Odstawił na miejsce i cofnął się do siebie. W kącie za drzwiami stała łopatka, kiedyś do węgla, teraz do niczego. Tak. Dobra. Klęknął przed ławką. Pierwszy sztych. Kopał kilkanaście minut. Wbił łopatkę w kopczyk czarnej ziemi. Wszedł do łazienki (nic nie pachniało). Umył ręce. Nie spojrzał w lustro. Wrócił do kuchni i usiadł w fotelu (zimny). Papieros. Wstał po ciemku. Zapalił światło. Podszedł do stołu. Opatulił Psa (niemiękki, nieciepły). Wziął zawiniątko (długie) i zaniósł do dołka pod ławką. Ułożył na dnie. Coś mu przyszło do głowy. Poszedł do domu po piłkę. Położył przy kocyku. W głowach. Kończył zasypywać, kiedy zadzwonił telefon. „A, Zosia” – pomyślał.]
Maciej Malicki: Wszystko jest. Wołowiec 2005, s. 187-189.
(W Ostrowie leży pies pogrzebany. Nasz. Od wczoraj. Sara, kundel-spaniel, 8 lat.)
podobno 2006-04-21 17:03:49 skomentuj (5)
922
Kilka dni temu (Całkiem Spora Niedziela) niespodziewana wycieczka z Gosią – pojechałem do niej, z zamiarem przejścia się najwyżej w jakieś chaszcze, jakieś łąki za szpitalem na Parkitce. Była już druga, mało słońca, choć ciepło. Koniec końców wylądowaliśmy jednak na cmentarzu w Blachowni, na grobie dziadka Gośki – zmarłego przed dwoma tygodniami. A potem Pająk, który okazał się leżeć całkiem blisko, w każdym razie bliżej, niż to zapamiętałem sprzed kilkunastu lat, z czasów moich zuchowsko-harcerskich obozów. Piętnaście kilometrów stąd do Konopisk? W pamięci ta odległość wciąż jakaś niebotyczna, coś w stylu: trzy dni drogi na północny wschód, przez góry i mokradła. Więc jedziemy. Wieś pod nazwą Kopalnia, za chwilę już Konopiska, budynki, parę widoczków, no i w końcu zbiornik. Więc dalej: czy obóz jeszcze stoi? Ależ tak! Przez drzewa przeświecają obskurne bryły stołówek, łaźni, wartowni, otoczone dziurawą siatką. Wjeżdżamy na obszerny plac. Centralne miejsce zajmuje tu teraz bar „Rybka”, za nim dopiero wejście na obóz. Zostawiłem samochód – cały teren przeszliśmy w jakieś pół godziny. Kolejna niemożliwość. W pamięci uchował się jakiś niestworzony bór, wielka puszcza, z naszymi domkami przy jej obrzeżach. Żeby dojść przez las do boisk i „oponiska”, lawirowaliśmy w szarych mundurkach przez gąszcz cały dzień. Tak to zachowałem. Tymczasem ledwie poczyniliśmy z Gośką parę kroków, mijając owe domki, a las został za nami. Coś jest z tą wielką połacią, z bezkresem postrzegania w dzieciństwie, gdzie czas i odległość wpadają w otchłań nieprzyzwyczajonych jeszcze oczu, rozciągając się niebotycznie w korowodzie nieustających, coraz to nowszych wrażeń. Szczęśliwa niewiedza pozwalała puchnąć każdemu dniu, każdej godzinie, rozlewając się szeroko poza kalendarz, poza nasze ówczesne, szczątkowe pojmowanie kalendarza, mamiąc odnogami, labiryntami, trącanymi przez nabuzowaną wyobraźnię. Bez przerwy otwierały się jakieś nieznane zakamarki, nie odkryte wcześniej schowki, w których można było bezpiecznie się zaszyć, nie roniąc nic z nieubłagalnej gonitwy wskazówek. Więcej: wtedy nie było gonitwy, nie było wskazówek, a tarcza zegara rozciągała się na wszystko, każda minuta była brzemienna w jakąś inną połać, jakieś następne możliwości intensywnego przeżycia etc. (wstaw własne porównanko) Usiedliśmy z Gosią na oponie, zapaliłem papierosa. Potem osikałem sosnę. Na boisku, gdzie kilkanaście lat temu uczestniczyłem w jakichś zawodach, w jakimś niesłychanym, znów przekraczającym objętość tego miejsca tumulcie, przyuważyliśmy sporą pryzmę śniegu. W środku całkiem ciepłego kwietnia? Musieliśmy podejść, niedowierzając, jak to się ładnie mówi, oczom. Śnieg był mokry, przezroczysty, zbrylony. Racjonalne wytłumaczenie: pewnie zrzucali go tutaj przy odśnieżaniu dróg, sporo tego musiało być (spłacheć boiska całkiem grząski, miękki). Przeszliśmy potem pod „oponisko”, z którego nic już nie zostało, poza obszernym, głębokim jarem, na dnie którego leżały może ze cztery opony.
Tymczasem z żabami to samo: jak parzyły się gwałtownie przy brzegu zalewu, paręnaście lat temu, tak parzą się tam i dzisiaj. Przybrzeżne kamienie oblepione skrzekiem. Ruchy na dnie. Myślę właśnie, że byłby to prosty efekt, zakończyć takim właśnie zdaniem o żabach, że wszystko tu się z oczywistych względów tak bardzo dla mnie pozmieniało, a one, ich bezustanna, biologiczna rotacja, podwodne pulsowanie nie.
Nie, nie. Kiedyś ktoś zasypie ten zalew i życie żab, wodnych pająków, ryb etc. też się wytłamsi. A wtedy trzeba będzie szukać dalej, w okolicach, albo stwierdzić po prostu, że nie ma jakiejkolwiek dającej się wyciągnąć stąd klamry, dla historyjki, żadnej konstatacji, pointy typu: scenerie wymienne, a „życie toczy się dalej”. Klamra zawsze wypełza z nas, zawsze przynosi się ją ze sobą, przygotowaną na okoliczności ponownych odwiedzin w tym czy innym stylu - od dawien dawna.